﻿<title_newspaper=”Trybuna Ludu”> 
<title_article=”Kiedy wielki dramat romantyczny zobaczymy na naszych scenach?”> 
<author_1=”Jan Kott”>
<author_2=””> 
<language=”pl”> 
<style=”press”>
<year="1954">
<month="5">
<date=”1954-05-04”>
<period=”d”>
<status=”1_obieg”>
<support=”paper”>
Poezja i dramat polskiego romantyzmu, ani przez chwilę nie stały się martwą częścią dziedzictwa. Oczywiście, nawet wydania masowe i najbardziej popularne nie zastąpią żywego słowa i twórczych inscenizacji, które najgłębiej pozwalają przeżyć i zrozumieć arcydzieła dramatu, które je zupełnie inaczej uwspółcześniają i upowszechniają niż druk. Ale jeśli z pewną goryczą mówimy o największej białej plamie w repertuarze naszych teatrów, tym bardziej nie wolno nam zapominać, że każde z dziesiątków wydań Mickiewicza znika natychmiast z półek księgarskich, że po dwóch kolejnych wydaniach Słowackiego, wychodzą obecnie coraz nowe tomy wydania krytycznego, podjętego co prawda przed wojną, ale nie doprowadzonego do końca.
Mamy być z czego dumni. Nigdy jeszcze Mickiewicz i Słowacki nie byli tak czytani, po raz pierwszy stali się naprawdę żywym pokarmem, chlebem powszednim i powszechnym. Ale jeśli wielka poezja Mickiewicza i Słowackiego jest ciągle tak bardzo obecna w naszym życiu ideowym i politycznym, w szkole, ruchu wydawniczym, w wielkich bitwach o upowszechnienie książki; jeśli bez coraz głębszego i pełniejszego pojmowania tradycji mickiewiczowskich nie możemy sobie wyobrazić dalszego rozwoju sztuki i literatury realizmu socjalistycznego, tym jaskrawiej uderzać musi lęk i nieśmiałość w podejmowaniu inscenizacji arcydzieł romantycznego dramatu. 
Dlaczego nie wystawiliśmy dotąd „Dziadów”, „Kordiana” i „Nieboskiej”? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba, choćby w największym skrócie, spojrzeć jak kształtował się repertuar naszych teatrów w ciągu dziesięciolecia.
Zaczęliśmy od Zapolskiej. W pierwszym roku po wyzwoleniu — „Moralność pani Dulskiej” grana była nieomal przez wszystkie sceny polskie. Wybór był słuszny, ale bardzo wąski, jeszcze wtedy powszechnie wybieraliśmy z tradycji jedynie realizm krytyczny, albo drapieżną i demaskującą satyrę antymieszczańską. Dopiero uczyliśmy się sięgać do wielkiej klasyki polskiej i obcej, dopiero wyganialiśmy żelazną miotłą szmirę i tandetę artystyczną naszego i cudzego chowu. Walka o repertuar nie toczyła się w próżni, towarzyszyło jej trudne zadanie wychowywania aktora i widza nowego teatru.
</support> 
</status> 
</period> 
</date> 
</month> 
</year> 
</style> 
</language> 
</author_2> 
</author_1> 
</title_article> 
</title_newspaper>
